Moja babcia Stanisława Graca ( z domu Walewander)

Na dzień dzisiejszy nie mam za dużo informacji o mojej drugiej babci Stanisławie (mamie mojego taty). Urodziła się 14 grudnia 1918 roku w Niemirówku, a zmarła 13 maja 1996 r. w Tomaszowie Lubelskim w szpitalu.

Pochodziła z domu Walewander.
Jej rodzice, a moi pradziadkowie to Katarzyna i Kazimierz Walewander z Niemirówka.

Jeśli chodzi o dzieciństwo i młodość mojej babci Stanisławy to nie wiem za dużo.
Podobno przed II wojną światową pracowała jako pomoc domowa w jakimś bogatym dworku. Ale szczegółów nie znam.
Potem od 1939 roku całą wojnę spędziła tu u nas, na Zamojszczyźnie.

Wiem na pewno, że 1 lutego 1943 roku brała udział w bitwie pod Zaborecznem. Jednej z bitew zwycięskiego Powstania Zamojskiego.

Była zarówno łączniczką, jak i sanitariuszką, która opatrywała naszych partyzantów, którzy walczyli z niemieckim okupantem. Jako łączniczka nosiła wiadomości.

Posiadam zaświadczenia z Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych o tym, że moja babcia, Stanisława Graca (wtedy jeszcze Walewander) działała w Batalionach Chłopskich od czerwca 1942 r. do lipca 1944 r.

Niezwykłe jest to, że historia zazębia się w przypadku moich obu babć.
Mama mojej mamy Franciszka Łojko – z domu Kozłowska (24.04.1919-22.07.1995), o której pisałam jakiś czas temu na moim blogu we wpisie dot. II wojny światowej, w styczniu/lutym 1943 roku była przy końcu ciąży z moją ciocią Weroniką i tego dnia, 1 lutego 1943 roku wracała przez pola i łąki do Hutkowa od swojej siostry. A są to miejscowości (Hutków, Zaboreczno, Niemirówek), które leżą niedaleko od siebie, wszystkie pomiędzy Krasnobrodem, a Tarnawatką (tak mniej więcej).

Poniżej zamieszczam fragment tamtego wpisu:

CZĘŚĆ 1
Koniec stycznia 1943 roku. Franciszka Łojko uciekając przed kolejnym „nalotem” wojsk niemieckich na miejscowość Hutków (wówczas gmina Suchowola, obecnie gm. Krasnobród, powiat zamojski, woj. lubelskie) udała się do swojej siostry Feliksy Borek, która mieszkała we wsi Borki – nieopodal Hutkowa. Franciszka była już w 9 miesiącu ciąży. U Feliksy przebywała prawdopodobnie 1 dzień.
1 lutego 1943 r. wieczorem, gdy było już ciemno wracała ze swoją drugą siostrą Marynką z powrotem do Hutkowa (obie mieszkały w Hutkowie). Szły polną drogą między Borkami, a Hutkowem. Gdy zbliżały się do wsi, zobaczyły jak Niemcy latarniami oświetlają wioskę. Gdy Niemcy skierowali latarnie w ich kierunku, wówczas Franciszka i Marynka szybko padły na ziemię, żeby wojska okupanta ich nie zobaczyły. Ciężarnej Franciszce było bardzo ciężko padać na ziemię. Szukały wzrokiem jakiegoś schronienia, ale było zbyt ciemno. Franciszka niosła ze sobą kankę z miodem, którą podarowała jej Feliksa z Borek, która miała pasiekę. Jednak zostawiła kankę gdzieś na polu, bo gdyby Niemcy zobaczyli, że niesie miód to najpewniej by je zabili, bo by myśleli, że niosą go partyzantom (zwłaszcza, że 1 lutego odbyła się bitwa pod Zaborecznem, które leży zaledwie kilka kilometrów od Hutkowa). W chwili kiedy lampy zostały skierowane w innym kierunku i zrobiło się ciemno, wtedy siostry wstały i uciekały. Za chwilę znowu padały na ziemię. I tak wielokrotnie. Na szczęście znalazły schronienie za pagórkiem tzw. „patuczkiem” (do dziś ta nazwa funkcjonuje wśród społeczności Hutkowa). Nieopodal rosło drzewo, pod którego korzeniami obie się skryły. Wtedy słyszały wozy jadące drogą koło kaplicy w kierunku wsi Zaboreczno. Po dłuższej chwili Marynka zdecydowała się wrócić mimo wszystko do domu, bo tam zostali jej syn i mąż. Franciszka natomiast ze względu na swój błogosławiony stan – 9 miesiąc ciąży – przesiedziała do rana pod wspomnianym korzeniem. Dopiero nad ranem jak się rozwidniło – strzały i krzyki ucichły, wróciła do domu. Był 2 lutego 1943 roku. Dwa dni później – 4 lutego w domu urodziła córkę Weronikę.

 

Wracając do babci Stanisławy, to zaraz po II wojnie, w 1945 roku wzięła ślub z moim dziadkiem Łukaszem Graca z Pańkowa i tam zamieszkali. Doczekali się 5 dzieci, trzech córek (Haliny, Jadzi i Zosi) i dwóch synów (Tadzika, zmarł tragicznie w 1977 r. oraz najmłodszego Kazia – mojego tatę).

rok 1949, moi dziadkowie Stanisława i Łukasz Graca (rodzice mojego taty Kazimierza) z dziećmi: od prawej najstarsza Halina, w środku ś.p. Tadeusz i na rękach u babci Jadwiga

Babcię pamiętam jako bardzo ciepłą i dobrą osobę.
Ja jako najstarsza z rodzeństwa zawsze trzymałam się z babcią i wszędzie za nią chodziłam, trzymając oczywiście ręce tak samo jak ona, z tyłu pleców lekko przykulona 😉

moja I Komunia Św.
Babcia Stanisława i ja
28 maja 1995 r.

Babcię moją Stanisławę nazywano u nas na wsi Staszką Łukową (od imienia jej męża – Łukasza). Spowodowane to było tym, że było kilka kobiet o tym imieniu, no i trzeba je było jakoś rozróżnić (pamiętam, że była jeszcze Wielga Staszka i Staszka Buraczanka – ale skąd ta ksywa – wolałam nie pytać 😉 ).

Na koniec raz jeszcze przypomnę wszystkim, jak ważne jest pisanie pamiętników. Poniżej wpis mojej babci Stanisławy z 28 grudnia 1995 r. Pamiętam, że pisała go będąc już w kiepskim stanie zdrowotnym (w maju 1996 r. zmarła).

Ale dzięki tym kilku zdaniom napisanym własnoręcznie do dziś jest jakby bliżej. 🙂

„Niechaj wszystko Cię otoczy, co radością tchnie.

Niech Ci szczęściem świecą oczy, niby gwiazdy dwie.

Niech Twe życie słodko płynie niby szmer strumienia.

Takie od babci dla Agniesi życzenia”.

Tak więc póki co dziękuję za uwagę.
Jako coś mi się jeszcze przypomni to zaktualizuję.
Trzymajcie się

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *