Dzisiaj na blogu zamieszczam historię Klemensa Adamowicza, polskiego lotnika spod Zamościa (z Zarzecza, gmina Zamość), który podczas II wojny światowej zginął tragicznie w Irlandii, patrolując Zatokę Biskajską przed niemieckimi ubootami.
Wielkie podziękowania należą się trzem osobom, które dbają o pamięć o polskich lotnikach.
Pierwszą z tych osób jest pan Andrzej Danielak, polski patriota, który na stałe mieszka w Irlandii. To on zapoczątkował szereg zdarzeń, dzięki którym pamięć o sześciu polskich lotnikach, którzy bohatersko walczyli i zginęli podczas II wojny światowej nadal trwa.
Kolejną osobą jest Liliana Iwańczyk, moja koleżanka.
Klemens Adamowicz był stryjem jej mamy. Dwa tygodnie temu (15 marca br.) byłam u Lili w Zarzeczu i na własne oczy zobaczyłam (i dotknęłam) szczątków Wellingtona, którym wtedy lecieli nasi bohaterowie oraz Flagi Polski z miejsca katastrofy. Tych samych, które w 2021 roku przywiózł pan Andrzej z Irlandii. Emocji, które towarzyszą takim chwilom nie da się opisać.
Tak oto Lila wspomina spotkanie z panem Andrzejem:
„Spotkanie z p. Andrzejem Danielakiem, który niespodziewanie przywiózł, jak to określił „pamiątki rodzinne” z okresu II wojny światowej, było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Do końca nie mogłam uwierzyć w to, że człowiek mógł specjalnie przyjechać z Irlandii do Polski po to, by odszukać rodziny pilotów z dywizjonu 304. Dziękuję i jestem mu wdzięczna za to, że zrobił wszystko co się dało, by szczątki samolotu znalazły się w Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie. Jak sam powiedział (i ja w to też wierzę) „zaświaty działają”. Pan Andrzej jest pasjonatem wędrówek górskich. Podczas jednego ze swoich wypadów trafił na znalezisko, które go zainteresowało. I tak po nitce do kłębka… dzięki swojemu patriotyzmowi i determinacji wzniecił pamięć (nie tylko moją) o przodkach, których dusze być może upomniały się poprzez niego o modlitwę.
Może jeszcze wspomnę o tym jak Andrzej Danielak mnie znalazł. Przede wszystkim jest to zasługa artykułu autorstwa Agnieszki Szykuły pt. „Klemens Adamowicz z podzamojskiego Zarzecza. Lotnik Dywizjonu 304”, który ukazał się w Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym nr 4/2019. Szukając jakiegoś zaczepienia p. Andrzej natrafił właśnie na ślad, którym podążał i trafił do celu. I tak zaczęła się fajna znajomość
„
Lila dodaje:
„Historia lotnika Klemensa brata mojego dziadka przeplatała moje dzieciństwo wielokrotnie. Nikt jednak nigdy nie drążył tematu. Wiedziałam z opowieści mojej babci, że Klemens Adamowicz był pilotem że służył w dywizjonie (nie do końca wiedziała w jakim) i że zginął. Wspominała, że o śmierci nie poinformowano jego mamy, która bardzo chciała wiedzieć czy żyje i czy nie. Nie wiedziała bowiem jak ma się modlić czy za żywego czy za zmarłego.”
Trzecią osobą, której należą się wielkie podziękowania jest Agnieszka Szykuła, również moja koleżanka, która jako pierwsza spisała historię Dywizjonu 304 w Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym.
Aga, jesteś niesamowita!
Jako, że nikt lepiej od Agi Szykuły nie opisałby tej historii, poniżej dołączam jej artykuł zamieszczony w Tygodniku Zamojskim (mam nadzieję, że TZ się nie obrazi), ale uważam, że o takich historiach warto, a nawet należy mówić. Ba! O historii Dywizjonu 304 powinni uczyć w szkołach, a już na pewno w naszym województwie lubelskim.
Tak więc zapraszam wszystkich serdecznie do lektury:
Wujek Klemens z Niebieskiej Eskadry
Szczątki samolotu Wellington, którym latał i w 1943 roku tragicznie zginął Klemens Adamowicz z Dywizjonu 304 niespodziewanie wróciły pod Zamość.
Feralny lot
W wigilię Bożego Narodzenia 1943 roku samolot, którym kierował sierżant Klemens Adamowicz (ur. w 1911 r. w podzamojskim Zarzeczu), wystartował z zadaniem patrolowania rejonu Zatoki Biskajskiej i zwalczania tam niemieckich okrętów podwodnych. Panowały trudne warunki atmosferyczne. Padał deszcz ze śniegiem utrudniający widoczność, wkrótce rozpętała się burza z piorunami. Po kilku godzinach drogą radiową nadano do bazy wiadomość o konieczności skrócenia czasu patrolowania z powodu uszkodzenia pokładowej stacji radiolokacyjnej. Podczas powrotu do bazy w samolot uderzył piorun, uszkadzając urządzenia nawigacyjne i radio. Maszyna spadła. Prawdopodobnie rozbiła się o górę Mount Brandon w Irlandii Północnej. Sześcioosobowa załoga zginęła na miejscu.
Dwa dni później ciała polskich lotników przekazano w asyście irlandzkiej kompanii honorowej brytyjskim władzom. Doszło do tego w małej wsi Middletown, leżącej na granicy pomiędzy Republiką Irlandii a Irlandią Północną. Pochówek odbył się cztery dni później. Wzięły w nim udział delegacje 304 Dywizjonu i 303 Dywizjonu Myśliwskiego, bazującego w irlandzkim Ballyhalbert. Klemens Adamowicz spoczął w grobie numer LG 45. Szczątki Wellingtona 2S HF208 do dziś spoczywają na zboczu góry.
Patriota
Jest ciepłe, sierpniowe popołudnie 2021 roku. Liliana, Wiesława i mała Gabrysia szykowały się właśnie do wyjścia ze swojego domu w Zarzeczu, kiedy do ich drzwi zapukał około 60-letni mężczyzna. Poszukiwał Liliany lub Wiesławy z rodu Adamowiczów. Uprzejmy, mówił bardzo ładną polszczyzną. Nie przedstawił się – bo – jak powiedział – jego nazwisko jest dla sprawy nieistotne. Gdy upewnił się, że odnalazł właściwe osoby, wrócił z pudełkiem. W rękach trzymał niewielkie pudełko.
Zdezorientowane, zaskoczone Liliana i Wiesława zaprosiły przybysza do domu. Mężczyzna rozpoczął swoją opowieść.
Do Zarzecza przyjechał wraz z bratem, z rodzinnego domu w Kotuniu pod Siedlcami.
Od dwudziestu lat mieszka wraz z rodziną w Irlandii, ale urodził się właśnie tam. Obecnie mieszkam w Causeway, 85 kilometrów od MT. Brandon, mojej ulubionej góry – doprecyzował. W te wakacje wypoczywałem w górach. Lubię piesze górskie spacery. Jestem też pasjonatem lokalnej historii, opowiadał. Po przeczytaniu artykułu o katastrofie samolotu Wellington, z polską brygadą na pokładzie postanowił wybrać się w okolice miejsca wypadku.
Pan Andrzej – bo tak ma na imię niespodziewany gość, postawił na stole pudełko. Najpierw wyjął zniszczoną biało-czerwoną flagę, następnie fragmenty metalowej konstrukcji. Były to dobrze zachowane szczątki samolotu, z miejsca w którym rozbił się krewny Pani Liliany. Tych elementów jest więcej – kontynuował swoją opowieść przybysz. Są różnej wielkości, porozrzucane w sporych odległościach od siebie. Zebrałem kilka tych drobniejszych. Na miejscu pozostawiłem zalaminowaną kartkę z miejscem zdarzenia i krzyżem – wykonane przeze mnie. W ten sposób upamiętniłem miejsce katastrofy.
W anglojęzycznej literaturze znajdujemy potwierdzenie, że szczątki samolotu Wellington pozostają na miejscu wypadku: leżą na stromym skalistym zboczu 2500 stóp nad poziomem morza i 3 i pół mili od podnóża góry nad bagnami i wąwozami, dwoma strumieniami i bagnistym lądem. Major z Irlandzkiego Korpusu Lotniczego zaopiniował, że plany usunięcia wraku okazałyby się zbyt kosztowne. Trudności wynikały z odległego położenia w bagnistym, górzystym terenie. Brytyjski oficer techniczny odwiedził miejsce zdarzenia, zanim stwierdził, że nie ma zainteresowania odzyskaniem wraku. Nawet złom byłby wart tylko 10-20 funtów.
Dlaczego Pan Andrzej zdecydował się przyjechać do potomków Klemensa? – Jestem po prostu Polakiem. Jak można byłoby przejść obok takiego miejsca wiedząc potem, co tam się stało, nie wrócić tam, choć by po to żeby zapalić lampkę, ku pamięci tych Wspaniałych Chłopaków. Minąć je bez, żadnej refleksji. To jest niemożliwe. Pamięć jest bardzo ważna. Jak Pamięć umiera, umierają Narody, dodał cytując wieszcza Norwida. Oprócz pudełka pozostawił u potomków Klemensa sporych rozmiarów tableau, a na nim zdjęcia lotników oraz miejsca tragedii. Opracował je z córką.
Jak Pamięć umiera, umierają Narody
Mała Gabrysia spoglądała z zaciekawieniem na zardzewiałe elementy. – Klemens Adamowicz był jej pra – pra stryjem. „Zna” Go z wiszącego w pokoju u babci tzw. monidła, czyli podmalowywanego zdjęcia. O Klemensie mama czytała jej kilka miesięcy temu, gdy artykuł o sławnym stryju ukazał się na łamach lokalnego kwartalnika. Kilka egzemplarzy tego wydania rodzina zachowała „dla potomnych”.
Rodzina lotnika jest zaskoczona, poruszona tym znaleziskiem. Zawinięte w polską flagę, niczym świecka relikwia – stoi na meblach w ich podzamojskim domu. Tu, w pobliżu jest jeszcze dom rodzinny stryja Klemensa.
Świeckie relikwie
Trwają rozmowy z instytucjami w kraju, które przyjęłyby w depozyt fragmenty samolotu. Fragmenty, które nigdy nie zostały zebrane, a są jedyna pamiątką po walecznych Polakach – żołnierzach Dywizjonu 304 z Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii.
Dywizjon 304, w którym latał Klemens Adamowicz, był też odpowiedzialny za obronę linii brzegowej, gdzie znajdowały się zapasy ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Ten rodzaj samolotu, którym kierował sierżant Klemens Adamowicz – Wellington MK XII – szczególnie sprawdzał się w akcjach przeciwko niemieckim okrętom podwodnym, tzw. u-bootom. W porze nocnej przewodził światło, które „wyłapywało” aktywne wówczas okręty. Niemcy nienawidzili tej zamocowanej na okrągłym pierścieniu ruchomej lampy za jej skuteczność. Mówili o niej „przeklęte światło”. Samoloty typu Wellington miały jeszcze jeden duży atut: ataki ogniowe nie mogły ich zniszczyć. Żaden jednak samolot nie jest odporny na trudne warunki pogodowe i górzysty teren.
Agnieszka Szykuła
Tygodnik Zamojski, nr z 21.10.2021 r.
Dywizjon 304 (pełna nazwa: 304 Dywizjon Bombowy „Ziemi Śląskiej im. ks. Józefa Poniatowskiego”). Eskadra lotnictwa bombowego, a następnie zwalczania okrętów podwodnych oraz lotnictwa transportowego Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii.
Formowanie tego dywizjonu rozpoczęło się 23 sierpnia 1940 w bazie RAF Bramcote. Personel dywizjonu był złożony z polskich 24 sześcioosobowych załóg oraz z 180 osób obsługi naziemnej. Dywizjon od 1 grudnia 1940 wszedł w skład, wraz z równocześnie formowanym dywizjonem 305, do 1. Grupy Dowództwa Lotnictwa Bombowego. W dniu 23 kwietnia 1941 ogłoszono gotowość operacyjną dywizjonu i następnej nocy z 24 na 25 dwie załogi odbyły pierwszą misję bojową bombardowania zbiorników paliwa w porcie Rotterdam. W Dowództwie Lotnictwa Bombowego dywizjon wykonał 488 misji bojowych w czasie 2481 godzin, zrzucając około 800 ton bomb, tracąc 102 lotników – poległych lub rannych oraz 35 wziętych do niewoli. Dywizjon został rozwiązany 18 grudnia 1946 w bazie RAF Chedburgh.
Wellington – podstawowy brytyjski nocny bombowiec dalekiego zasięgu pierwszych lat wojny i podstawowy bombowiec używany w lotnictwie polskim w Wielkiej Brytanii. Ten rodzaj samolotu, którym kierował sierżant Klemens Adamowicz – Wellington MK XII – szczególnie sprawdzał się w akcjach przeciwko niemieckim okrętom podwodnym, tzw. u-bootom. W porze nocnej przewodził światło, które „wyłapywało” aktywne wówczas okręty. Niemcy nienawidzili tej zamocowanej na okrągłym pierścieniu ruchomej lampy za jej skuteczność. Mówili o niej „przeklęte światło”. Samoloty typu Wellington miały jeszcze jeden duży atut: ataki ogniowe nie mogły ich zniszczyć.
Poniżej zamieszczam moje zdjęcia zrobione 15 marca br.:






Poniżej zamieszczam zdjęcia przesłane przez p. Andrzeja z Irlandii:































P.S. Coś czuję, że to nie będzie ostatni wpis na ten temat.
Dziękuję jeszcze raz panu Andrzejowi Danielakowi, Lili Iwańczyk i Agnieszce Szykule.
Bowiem „Jak Pamięć umiera, umierają Narody”.
Dziękuję,
Aga archiwistka
