Kilka lat temu spisałam wspomnienia moich dziadków (rodziców mojej mamy) z czasów II wojny światowej.
Część z nich została opublikowana w Zamojskim Kwartalniku Kulturalnym nr 4/2016.
Opowiadałam o nich również na antenie Katolickiego Radia Zamość: https://www.radiozamosc.pl/wiadomosci/1949,agnieszka-olech
Poniżej zamieszczam całość wspomnień moich dziadków – Franciszki Łojko – z domu Kozłowska (24.04.1919-22.07.1995) i Michała Łojko (12.09.1910- 06.03.1984) – tyle, ile udało mi się zachować. Są one oparte głównie na przekazie ustnym.
CZĘŚĆ 1
Koniec stycznia 1943 roku. Franciszka Łojko uciekając przed kolejnym „nalotem” wojsk niemieckich na miejscowość Hutków (wówczas gmina Suchowola, obecnie gm. Krasnobród, powiat zamojski, woj. lubelskie) udała się do swojej siostry Feliksy Borek, która mieszkała we wsi Borki – nieopodal Hutkowa. Franciszka była już w 9 miesiącu ciąży. U Feliksy przebywała prawdopodobnie 1 dzień.
1 lutego 1943 r. wieczorem, gdy było już ciemno wracała ze swoją drugą siostrą Marynką z powrotem do Hutkowa (obie mieszkały w Hutkowie). Szły polną drogą między Borkami, a Hutkowem. Gdy zbliżały się do wsi, zobaczyły jak Niemcy latarniami oświetlają wioskę. Gdy Niemcy skierowali latarnie w ich kierunku, wówczas Franciszka i Marynka szybko padły na ziemię, żeby wojska okupanta ich nie zobaczyły. Ciężarnej Franciszce było bardzo ciężko padać na ziemię. Szukały wzrokiem jakiegoś schronienia, ale było zbyt ciemno. Franciszka niosła ze sobą kankę z miodem, którą podarowała jej Feliksa z Borek, która miała pasiekę. Jednak zostawiła kankę gdzieś na polu, bo gdyby Niemcy zobaczyli, że niesie miód to najpewniej by je zabili, bo by myśleli, że niosą go partyzantom (zwłaszcza, że 1 lutego odbyła się bitwa pod Zaborecznem, które leży zaledwie kilka kilometrów od Hutkowa). W chwili kiedy lampy zostały skierowane w innym kierunku i zrobiło się ciemno, wtedy siostry wstały i uciekały. Za chwilę znowu padały na ziemię. I tak wielokrotnie. Na szczęście znalazły schronienie za pagórkiem tzw. „patuczkiem” (do dziś ta nazwa funkcjonuje wśród społeczności Hutkowa). Nieopodal rosło drzewo, pod którego korzeniami obie się skryły. Wtedy słyszały wozy jadące drogą koło kaplicy w kierunku wsi Zaboreczno. Po dłuższej chwili Marynka zdecydowała się wrócić mimo wszystko do domu, bo tam zostali jej syn i mąż. Franciszka natomiast ze względu na swój błogosławiony stan – 9 miesiąc ciąży – przesiedziała do rana pod wspomnianym korzeniem. Dopiero nad ranem jak się rozwidniło – strzały i krzyki ucichły, wróciła do domu. Był 2 lutego 1943 roku. Dwa dni później – 4 lutego w domu urodziła córkę Weronikę.
CZĘŚĆ 2
Dalsza część to wspomnienia moich dziadków, którzy po wysiedleniu zostali wysłani na przymusowe roboty do III Rzeszy i przebywali tam aż do zakończenia wojny.
Wysiedlenie miejscowości Hutków nastąpiło na początku lipca 1943 roku. Odbyło się to w ramach drugiej fali akcji pacyfikacyjno-wysiedleńczych na Zamojszczyźnie pod kryptonimem „Wehrwolf”.
Wojska niemieckie, jak wcześniej zostało wspomniane, od początku wojny robiły co jakiś czas tzw. „naloty” na wieś, a to w celu szukania Żydów, a to zastraszania mieszkańców. Jednak dzień wysiedlenia Hutkowa był inny. Uzbrojone po zęby wojska niemieckie już o świcie otoczyły miejscowość, aby nikt nie mógł uciec do lasu. Brutalnie wkraczali od domu do domu i kazali najpierw wszystkim mężczyznom opuszczać swoje domostwa. Zebrali ich niedaleko miejscowego kościoła. Kto stawiał opór, miał być natychmiast rozstrzelany, więc ludzie w obawie o swoje życie robili co im hitlerowcy kazali. Następnie przewieziono ich do obozu przejściowego w Zamościu. Jeszcze tego samego dnia do mężczyzn dołączyły kobiety z dziećmi. Wypędzając ludzi z domów kopali, bili, popychali, nie licząc się z chorymi, kobietami, czy małymi dziećmi. Większość osób nie miała czasu, aby zabrać ze sobą nawet najpotrzebniejsze rzeczy, gdyż dano im zaledwie kilka minut na spakowanie. Kiedy Michał Łojko przebywał już w zamojskim obozie przesiedleńczym, jego żona Franciszka wraz z pięciomiesięczną córką Weroniką zdążyła jedynie wziąć ze sobą trochę mleka w naczyniu wrzuconym w płachtę, którą miała zawiązaną na szyi. Na rękach zaś trzymała niemowlę. Do obozu przejściowego w Zamościu ludzi przewożono furmankami. Na każdej z nich przebywało kilku uzbrojonych Niemców, którzy pilnowali wysiedlonych. Franciszka ledwo uszła z życiem po tym, jak płachta z mlekiem zacisnęła się jej na szyi i już była tak słaba, że nie mogła wykrztusić słowa. Znajoma kobieta, która na furmance siedziała obok niej zauważyła to i jej pomogła. Tak jak byli ubrani, tak pojechali. Dzień był niezwykle upalny. W obozie przejściowym w Zamościu zostali zgodnie z zarządzeniem Himmlera poddani segregacji rasowej i zakwalifikowani do grupy III, czyli jako osoby zdolne do pracy, u których stwierdzono cechy rasy wschodniej lub wschodnio-bałtyckiej (H. Kajtel, Hitlerowski obóz przesiedleńczy w Zamościu, Biłgoraj 2003). Tutaj także łączono rodziny ze sobą. Na imiennej liście transportowej osób wysiedlonych przez okupanta niemieckiego, wywiezionych w lipcu 1943 roku z hitlerowskiego obozu przejściowego w Zamościu za pośrednictwem Urzędu Pracy w Zamościu na przymusowe roboty do Rzeszy, Franciszka i Michał Łojko wraz z córką Weroniką figurują pod pozycjami 42, 43 i 44 (lista numer 1, arkusz 2) – na podstawie zaświadczenia nr 842-1577/89 z dn. 20.11.1989 r. z Archiwum Państwowego w Lublinie wydanego na prośbę.
Osoby zdrowe i zdolne do pracy kierowano do tzw. bydlęcych wagonów i wywożono na roboty przymusowe do III Rzeszy. Wszystkie wagony były pozamykane od zewnątrz, aby nikt nie mógł uciec. Małżeństwo Łojków wraz z córką trafili do jednego z takich wagonów. Był on brudny, śmierdzący, do granic przepełniony ludźmi. Wszyscy byli przerażeni. Nie wiedzieli gdzie jadą i co ich czeka. Najgorszy był strach rodziców o własne dzieci i modlili się, aby chociaż one przeżyły. Mleko, które kilka dni wcześniej wzięła ze sobą Franciszka zważyło się. Pewna kobieta miała ze sobą kosz jaj i dała kilka jaj matce z dzieckiem. Ta przez całą drogę karmiła niespełna półroczną córkę Weronikę tylko surowymi jajkami, bo nie było co jeść. Po drodze pociąg zatrzymał się na Majdanku. Myśleli, że jadą tam na śmierć, ale po kilku dniach pobytu ponownie wyruszyli w bydlęcych wagonach w dalszą drogę. Droga ta był wyjątkowo ciężka i trudna do przebycia, głównie ze względu na głód, gorąco panujące w wagonie, ścisk i strach. Kulminacją przerażenia był przejazd obok Oświęcimia. Wszyscy przebywający w pociągu śpiewali pieśń „Serdeczna Matko….”, ponieważ byli przekonani, że jadą na stracenie. Jednak ktoś znał tamte tereny i uspokoił ich, że mijają Oświęcim i kierują się prawdopodobnie prosto do Niemiec. Tak też faktycznie było. Po ponad dwóch tygodniach ciężkiej wyczerpującej podróży z Zamościa w warunkach uwłaczających ludzkiej godności trafili na miejsce docelowe. Wiele osób nie przeżyło tego transportu.
Miejscowość nazywała się Mehryngen (w dokumentach widnieje pod nazwą Mehryngen, dziś natomiast nazywa się Mehringen, dokumenty prywatne Franciszki i Michała Łojko). Położona była w środkowo-wschodnich Niemczech. W tamte rejony trafiło też wiele osób z Hutkowa i okolic. Michał i Franciszka z małą kilkumiesięczną córeczką trafili do gospodarza tzw. bauera nazwiskiem Albert Schneidwin (dok. prywatne F. i M. Łojko – zaświadczenie na prośbę Franciszki Łojko z Landesversicherungsanstalt Sachsen-Anhalt). On wraz z żoną prowadzili gospodarstwo, w którym pracowali robotnicy przymusowi, wysiedleni nie tylko z Polski, ale i z innych krajów. Warto nadmienić, że szefowie ci mieli dwóch synów, którzy zginęli na wojnie. Małżeństwo Łojków trafiło do jednego z wielu baraków przygotowanych dla robotników. Mieszkali tam z Serbką i jej 2-letnim synem – łącznie pięć osób. Warunki mieszkaniowe były fatalne: zimą mróz a latem potworne upały, gdyż barak nie był w żaden sposób zabezpieczony przed zmiennymi warunkami pogodowymi. Już pierwszego dnia dostali ścisłe wytyczne dotyczące życia i pracy w dużym niemieckim gospodarstwie. Nadano im numery, a ponadto dla Polaków znakiem rozpoznawczym była litera „P”. Nie wolno było w baraku świecić światła pod groźbą surowej kary, więc wszystkie czynności wykonywali po ciemku (jedzenie, przewijanie dziecka). Na jedzenie był przydział kartkowy, lecz było ono tak skromne, że starczało ledwie na przeżycie. Przeważnie jedli resztki, które zostały bauerom po obiedzie. Zaraz po przybyciu Franciszkę przydzielono do ciężkich prac polowych, a Michała do pracy w stajni w potwornym smrodzie. Pracowali od świtu do zmierzchu, niezależnie od pogody. Przerwę mieli jedną na obiad. Międzyczasie pracujący na podwórku ojciec zaglądał do swojej córki Weroniki, pozostawianej w łóżeczku w baraku całymi dniami bez opieki, jedzenia, wody. Jednak praca w stajni nie trwała długo, ponieważ Michał z powodu ciężkich warunków zachorował. Wraz z żoną wyprosili u właściciela przeniesienie go do prac polowych, tam gdzie pracowała żona Franciszka z innymi robotnikami. Byli tam oprócz Polaków Białorusini, Ukraińcy oraz ludzie wielu innych narodowości. Bauerzy traktowali pracowników bardzo źle, zwłaszcza żona. Nienawidziła Polaków, do których pałała niespotykaną pogardą i okazywała to na każdym kroku. Mściwość i karanie za nawet najdrobniejsze, według niej, przewinienie były na porządku dziennym. Pracami przybyłych robotników nadzorował inny Niemiec. W pracy nie wolno było ze sobą rozmawiać. Wykonywali różne prace polowe, między innymi przy burakach, przy żniwach oraz ogrodowe – sadzenie, plewienie. Franciszka i inne kobiety pracowały również w domu – prasowały sprzątały, gotowały, obierały ziemniaki na niedzielny obiad. Gospodyni lubiła poniżać pracownice. Przykładem może być sytuacja, kiedy zjadła kisiel i pokazała do Franciszki aby ta wylizała jeszcze po niej talerz mówiąc „Franceska schmecken”. Praca i pobyt tam były bardzo ciężkie, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.
7 stycznia 1945 roku na świat przyszło w niewoli drugie dziecko Łojków – syn Stanisław (zm. 27 lutego 2020 r.). Jego chrzest odbył się 18 lutego w sąsiedniej miejscowości Sandersleben, gdzie znajdował się kościół, a chrzestnymi zostali współpracownicy.
Weronika i Stanisław pozostawiane dzień w dzień bez jakiejkolwiek opieki płakały i piszczały, bo rodzice pracujący w polu nie mogli się nimi zajmować. Czasami kiedy rodzice wracali na obiad, to małe dzieci były tak przestraszone, że z trudem łapały powietrze. W baraku było pełno pluskiew. Często też chorowały z braku odpowiedniego pożywienia i warunków bytowych. Córka Weronika pewnego razu tak zachorowała, że matka poprosiła szefową o możliwość odwiedzenia lekarza, jednak w odpowiedzi usłyszała tylko, że „dorośli mężczyźni giną na wojnie, to co tam dopiero małe dziecko”. Jednak zdesperowana matka nie dawała za wygraną i w końcu niemiecki gospodarz zgodził się, aby zawiozła dziecko do lekarza. Franciszka bez znajomości języka zapytała spotkaną po drodze Niemkę pokazując jednocześnie na chore dziecko i znając tylko słowo „krank”. Ta wskazała jej drogę. Podobnie sytuacja się miała z synem Stanisławem. Dopiero płaczem i długimi prośbami Niemcy zgodzili się na zabranie dziecka do lekarza. W drodze powrotnej Franciszka wracając z niemowlakiem trafiła do wagonu pełnego niemieckich żołnierzy. Jeden z nich długo się patrzył na matkę z chorym dzieckiem na rękach, aż w końcu ustąpił jej miejsca, mówiąc „bitte, setzen”.
W tak ciężkich warunkach w niemieckiej niewoli spędzili równo dwa lata. 6 lipca 1945 roku wojska amerykańskie wyzwoliły wszystkich przebywających tam robotników przymusowych. Małżeństwo Łojków wraz z innymi pracowali tego dnia w polu jak zwykle. Nagle usłyszeli samoloty i patrząc w górę dostrzegli prawdopodobnie amerykańskie flagi na nich. Ktoś krzyknął, że to wyzwolenie i radości nie było końca. Niedługo potem gospodarstwo bauerów odwiedzili amerykańscy żołnierze. Niemieccy szefowie byli bardzo źli, że już nastał koniec wojny, i że nie będą już mieć darmowych pracowników. Wszyscy przymusowi robotnicy z całej okolicy zostali zebrani w jednym miejscu. Następnie posegregowano ich narodowościami. Franciszkę i Michała Łojko z dziećmi ulokowano w polskim obozie, gdzie dostali tymczasowe karty rejestracyjne. Znajdował się on w miejscowości Arbing (gmina Altenmarkt, powiat Vilschofen) i był pod kontrolą amerykańską. Codziennie przywożono tu wyzwolonych z robót przymusowych Polaków. W obozie przebywali kilka dni. Każdego pytano czy chce wracać z powrotem do Polski, czy też woli jechać do Ameryki. Michał Łojko wybrałby USA, lecz żona wolała Polskę tłumacząc tym, że tam zostali jej rodzice. Wiele osób tamtego dnia wybrało Stany Zjednoczone. Były to przeważnie osoby samotne, bez rodzin. Następnie przewieziono ich do Punktu Przyjęć w Dziedzicach. Tam każdy obywatel Polski dostał zaświadczenie (przepustkę) i w terminie 14 dni od jej otrzymania musiał zgłosić się do Milicji Obywatelskiej w Zamościu.
Wróciwszy do swojego domu w Hutkowie zastali tylko puste ściany. Hitlerowcy ograbili wszystko, co było w gospodarstwie. Nie mieli nawet łyżki. Dostali jakąś skromną zapomogę od wójta gminy, za którą najpierw kupili krowę, aby dzieci miały co jeść. Potem troszkę zboża i kartofli i w taki sposób dorabiali się od nowa w zniszczonej wojną wsi.
Michał i Franciszka Łojko po wojnie zawsze powtarzali, że tego, co przeszli w niemieckim obozie pracy nie życzyliby nawet największemu wrogowi.
- fotografia ślubna Franciszki i Michała Łojko, prawdop. 1942 rok, zbiory prywatne
