Opisując historię wsi Pańków można oczywiście przytoczyć definicję z opracowania Józefa Niedźwiedzia Leksykon historyczny miejscowości dawnego woj. zamojskiego[1].
Ja znam Pańków z nieco innej perspektywy. Mianowicie urodziłam się tam i mieszkałam przez pierwsze 11 lat swojego życia. Wspominam ten czas z wielkim sentymentem.
Pańków to urokliwa wieś o nietypowym układzie przestrzennym – tzw. „owalnicy” – większość gospodarstw ulokowana jest wokół jeziora. Nasze gospodarstwo było jednym z takich. Składało się z drewnianego domu, podwórka, sadku, a dalej łąk i pól. Obok domu była szosa, a potem od razu jezioro. Jezioro było (i nadal jest) centrum wsi. Wiosną i latem łowiliśmy ryby.
Szkoła, do której uczęszczałam (do zerówki i klas 1-3 Szkoły Podstawowej) mieściła się po drugiej stronie jeziora. Podobno kiedyś na miejscu szkoły istniała cerkiew prawosławna. Poniżej zamieszczam zdjęcie szkoły, zrobione przeze mnie w 2019 roku.

Pamiętam małą drewnianą kapliczkę, w której co niedziela odbywała się msza. Z czasem został w Pańkowie wybudowany kościół (w latach 1998-2000). Pamiętam jeszcze jak w latach 90. był tam pusty plac i wszystkie dzieci się zbierały i graliśmy w „palanta”. W latach 1996-97 śpiewałam również w chórze kościelnym (do dziś mam jeszcze zeszyt z pieśniami).
W ogóle było wesoło i radośnie. Całe dnie, czy to lato, czy zima spędzaliśmy na dworze. Przy jeziorze stało ogromne drzewo, przy którym bawiliśmy się w chowanego, lub berka. Natomiast cała wieś (wraz z drogami polnymi) służyła do zabawy w podchody.
Z kolei na naszym podwórku zawsze stały minimum 2 wraki zaporożców (to taki samochód, jak by ktoś pytał), w których często się bawiliśmy. Służyły one mojemu tacie do wymiany części, ponieważ samochodem, którym wtedy jeździliśmy był właśnie zaporożec. Do dziś mój tata wspomina, że zimy były wówczas srogie, a zaporożec posiadał osobną nagrzewnicę i pomimo minusowej temperatury na dworze, w aucie było zawsze bardzo ciepło.
Po sąsiedzku naszego domu po prawej stronie (stojąc przodem do jeziora) był opuszczony dom. Niektórzy mówili, że tam straszyło. Chyba dwa razy wraz z koleżankami weszłyśmy do środka. Pamiętam, że wszystko było tam zostawione, obrazy na ścianach, pościel, meble, a nawet stare jajka w jednej z szuflad.
Przed każdym domem stała drewniana ławeczka, która służyła do sąsiedzkich konwersacji, plotek i innych różnych wymian informacji. Dziś już ciężko o takie ławeczki przed domem.
Moi rodzice, a wcześniej dziadkowie zajmowali się uprawą tytoniu (zwanego też „bakonem” w tamtych stronach), a praca przy nim trwała cały rok. Na wiosnę się sadziło, latem „podrywało” i nawlekało na druty, potem suszyło w suszarce, a jesienią sortowało na klasy. Oczywiście my jako kilkuletnie dzieci braliśmy udział we wszystkich tych czynnościach. Zresztą podobnie jak w każdym innym domu.
Koniec czerwca i początek lipca spędzaliśmy też w lesie zbierając jagody w szarowolskim lesie (las pomiędzy Pańkowem, a Szarowolą). Zbieraliśmy je w kubki, a nasza mama w kanki. Pod koniec czerwca roku pamiętnego 1997 jak co dzień poszliśmy z siostrą Justyną i bratem Markiem na jagody. Usłyszeliśmy grzmot, wyszliśmy z lasu, ale nie zobaczyliśmy żadnych burzowych chmur, więc wróciliśmy do lasu. Za 10 minut rozpętała się niespotykana burza. Wybiegliśmy z lasu i kierowaliśmy się w stronę domu. Brata wzięłyśmy w środek i biegliśmy ile sił w nogach, a mieliśmy z kilometr, albo i więcej.
Pamiętam jak zawsze szukaliśmy robaków na wędkarską przynętę dla taty, który często wspólnie z kolegami łowił ryby. Była też kładka, na końcu której była podrywka (takie „urządzenie” do łowienia ryb). W nią też łapały rybki. Bardzo często nad pańkowskie jezioro przyjeżdżali Cyganie (była to pierwsza połowa lat 90. XX wieku), zwłaszcza wiosną i latem. Rozkładali swoje tabory i łowili ryby. Chodzili też po domach i prosili o jedzenie. Pamiętam jak moja babcia dała im po kromce chleba z kotletem, to jeszcze na naszym podwórku wyrzucili na ziemię chleb i zjedli tylko kotlety. Albo jak mój tata dał im troszkę drewna na ognisko, to potem cały czas przychodzili i brali (już bez pozwolenia) więcej i więcej.
Zimę z kolei spędzało się na zamarzniętym jeziorze (oczywiście uprzednio sprawdzonym przez dorosłych czy aby na pewno lód jest wystarczająco gruby). Super ekstra grą, w którą grał jeszcze mój tata w latach 60. XX w. było „koło patowe”. Do dziś gramy na podwórku t tę grę z rodziną i znajomymi.
Do szkoły zimą także chodziliśmy przez zamarznięte jezioro – było dużo szybciej i fajniej.
Do dziś posiadam pamiętnik z lat 1995-1997, w którym koleżanki, koledzy, rodzina a nawet nauczyciele wpisywali swoje wierszyki. Pamiętam, że wtedy każdy miał taki pamiętnik. Ale o tym w osobnym poście.
Obecnie już tam nie mieszkam, ale lubię raz na jakiś czas pojechać tam w celach rekreacyjnych. Zwłaszcza, że przez ostatnie kilka lat Pańków bardzo się zmienił – powstało molo na jeziorze, co jeszcze bardziej nadaje uroku tej miejscowości.
W ubiegłym roku znalazłam na youtube filmik autorstwa pana Ryszarda Molasa „Pańków – łabędzie przyleciały”.
https://www.youtube.com/watch?v=PvAMt3S6hL4&t=21s
Sama pamiętam, jak karmiliśmy łabędzie, które często przylatywały na pańkowskie jezioro, dlatego tym bardziej miło mi się oglądało ten filmik.
Poniżej przedstawiam skany moich prywatnych zdjęć – zakaz kopiowania, powielania i inne nana nana.
Jeśli chcielibyście się podzielić swoimi wspomnieniami, informacjami na temat Pańkowa, ale nie tylko, zapraszam do komentowania, lub kontaktu drogą e-mailową.
Cześć, Aga
[1] Niedźwiedź J., Leksykon historyczny miejscowości dawnego województwa zamojskiego, Oficyna Wydawnicza „KRESY” sp. Z o.o., Zamość 2003
Poniżej zamieszczam moje prywatne zdjęcia i skany:

- zdjęcie z domem w tle z 1964 r. – moi dziadkowie – Stanisława i Łukasz Graca, ich córki – Halina, Jadzia i Zosia, a ten gościu w spodniach na szelkach to właśnie mój tata – rocznik 1959)

- mój tata Kazimierz przed domem, w tle widać zamarznięte i zasypane śniegiem jezioro, lata 70.

nasze podwórko z zaporożcem (a raczej z dwoma zaporożcami – dla niewtajemniczonych – to takie auto osobowe, u nas koloru żółtego 😉 ), ursusem sześćdziesiątką (z malowaną srebrzanką przeze mnie osobiście rurą) i letnią kuchnią na pierwszym planie 😁

rok 1992, od lewej: siostra Justyna, brat Marek i ja

28 maja 1995, moja I Komunia Św., obok mnie moja babcia Stanisława Graca (z domu Walewander)

Justyna w dniu swojej pierwszej komunii z Markiem – maj 1997, przed domem od strony podwórka, w tle widać jezioro

28 maja 1995 r., na zdjęciu od lewej:
mój brat Marek, siostra Justyna i córka mojej chrzestnej – Ewelina Gil.
w tle, po prawej stronie nad jeziorem widać (prawie nie widać, ale był tam) tabor Cyganów.

